Dragon Age

Share








[Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down
AutorWiadomość
- dragon age PBF -
PisanieTemat: [Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy Czw Maj 05, 2016 8:51 pm

MISTRZ GRY


Kwatera Kanclerza


Gracz:
-Marquis Gilmore

Posrebrzana łyżeczka zastukała wypukłością o dębowe sklejki biurka kanclerza. Stało ono po środku prostokątnej kwatery o ścianach koloru mysiej sierści. Równo w centrum, równo pomiędzy dwoma wielkimi oknami z widokiem na murowaną aleję. Każdego poranka, przez te właśnie witraże wpadała fala jasności, której majestat podkreśla ostały na biurku kurz. Ten sam, na którym własnie spoczywa srebrna łyżeczka. Wcześniej okręcona cztery razy w prawo i dwa razy w lewo, żeby rozpuścić to, czym była dotychczas załadowana. Pod dowództwem dłoni seniora, wykonała swe zadanie, dlatego stygnie w samotności na dębowym lodowisku. A wszystko to, po to, żeby ta seniorska łapa mogła sięgnąć za uchwyt filiżanki. Naczynia, z którego bucha obłok pary, jak dym z nozdrzy pradawnych jaszczurów. Delikatnie rozwiewany podmuchem z wiekowych warg.

- Wieczorem zebranie, kanclerzu - przerwał picie herbaty Thomas, młody templariusz. Roztropny szatyn o wielkim sercu, który stróżuje przy kanclerzu na rozkaz I komtura- Aldern Martelo.
- Zjechała już większość wielkich kapłanek - podjął ponownie, mając nadzieję na nakłonienie kanclerza do konwersacji.
- Ciekawe z jakiej przyczyny, Boska zwołała wszystkich. Tyle niepokoju w całym Thedas, aby żadne wrogie wieści nie spłynęły ze słonecznego tronu. Zdawało się, jakoby ostatnie zdanie wypowiedział zwrócony sam do siebie.
- Całe szczęście, że mamy swój własny głos - uśmiech powędrował w kierunku Marquisa. - Masz jakieś przemyślenia odnośnie przyczyny zjazdu, mój panie? Może sam zechcesz o coś postulować?


Ostatnio zmieniony przez Lusacan dnia Pią Maj 06, 2016 9:55 am, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy Pią Maj 06, 2016 7:16 am

Pomarszczona ręka drgała lekko z każdym ruchem uniesienia naczynia. Czarna, mocna herbata kołysała się w rytm wywoływanych drgań, trzymając się jednak stabilnie, nie wylewając z porcelanowych krawędzi. Starczy, niekontrolowany dygot, towarzyszył mu od czasu panowania nowej funkcji: zdaniem Marquisa efekt wieku, według opinii zakonnego cyrulika wpływ odstawienie większej dawki lyrium. Upił delikatnie łyk, nie krzywiąc się na temperaturę świeżego wrzątku, lubił gdy parzyło go podniebienie. Nie martwił się także próbą otrucia, kto jak kto, ale Gilmore posiadał ochronę i opiekę najwyższych standardów. Przed spożyciem każdego jego posiłku, danie próbował tester, który na własnej skórze i języku sprawdzić miał czy nic do posiłku nie zostało dorzucone. Oczywiście sama ta myśl wydaje się dosyć niesłuszna i paranoiczna, ale taką osobą właśnie był sam kanclerz. Dla tych, którzy przebywają w jego otoczeniu nie jest żadną tajemnicą, że Marquis boi się o swoje życie, wzmacnia przez to ochronę, korzystając z niebagatelnych i często desperackich metod. Nic dziwnego, że jego gabinet, wille oraz miejsca pracy pilnują templariusze, którzy z rozkazu samego Alderna Martelo gotowi są zginąć i słuchać kanclerza w każdej sprawie. Budzi to pewne niepokoje w szerszych rangach Zakonu, który uważa, że Gilmore'a nie interesują sprawy szerszego spektrum, a jedynie interes Komtura. Sam jednak kanclerz nie przejmuję się takimi plotkami, tak długo, jak z każdym jego krokiem towarzyszy mu przyboczna gwardia łowców czarownic. A kogo Marquis się tak boi? Wszystkich. Wychowany w długiej i skomplikowanej doktrynie Pieśni zrozumiał dawno, że istnieje podział na "my" i "oni" oraz, że to właśnie "Oni" chcą zniszczyć to co tak długo on i jemu podobni pieczołowicie przysięgali czcić i chronić. Dalijskie elfy czy też apostaci są niczym innym jak abominacją rzeczywistości, chaosem w ustalonym przez Andraste porządku. To właśnie ci ostatni, plugawcy, magowie są najgorsi. Kryjąc się wśród cieni, czekając na właściwy moment na cios. Kanclerz wie, że spoglądają w jego stronę niecierpliwie, myśląc tylko o tym jak poderżnąć mu gardło lub wyciągnąć cenne zakonne tajemnice.
Położył trzymaną filiżankę na porcelanowych talerzyku, przejechał wzrokiem niebieskich, bystrych oczu po pomieszczeniu, zatrzymując wzrok na obitej czarną skórą i okutej srebrem ciężkiej księdze Pieśni Światła. Bogaty wolumin, pisany sprawną ręką mnicha Georgetta Gillesa posiadał nie tylko wykaligrafowane słowa rodem z orlezjańskiej szkoły musing scolaire, ale także, piękne, grawerowane inskrypcje i wymalowane obrazy. Kanclerz westchnął ciężko spoglądając na półkę: przecież Andrasta dała nam tak wiele, jak można jeszcze chcieć to odebrać? Pod jakimi podszeptami, łgarstwami lub mamieniem myśli trzeba być wpływem, by niszczyć to co Prawdziwe?

Dopiero teraz przeniósł wzrok na templariusza. Młody Thomas, będący na swej służbie nie dłużej niż kilka miesięcy zdążył zaskarbić sobie zaintrygowanie i przychylność Gilmore'a. Nie tylko budził w nim wspomnienia jego ongiś samego, ale także wydawał się zainteresowany nie tyle służbą, co poznaniem myśli klechy. To coś co klerykał musiał docenić. Oczywiscie Marquis domyślił się także tego, że osoba samego Thomasa nie została wybrana z przypadku. Pewien tego, że Aldern karze mu wyciągać informacje o działaniach i decyzjach kanclerza, służy jako pionek w większej grze Zakonu. Gilmore nie może mieć jednak do niego pretensji, jest tylko narzędziem, tak jak większość tutaj zgromadzonych.
-Mam pewne domysły- leniwie odpowiedział na pytanie młodzika, głos miał zachrypnięty i zmęczony, ale mocny i charakterystyczny. Budził pewną dozę szacunku -Od dawna naciskam Collete by ta zadziałała na terenie Fereldenu. Tereny te są pod orlezjańską protekcją ale...- złapał ciężko oddech, wstał by rozprostować nogi, poprawiając wierzch szaty, by nie pogniotła się za bardzo, trzymając za ciężki, złoty pektorał by ten zaś się nie kołysał i nie pobrzękiwał - ...ale sytuacja się tam nie poprawia. Apostazja szerzy się jak wcześniej, dodatkowo Templariusze nie mają porządnego przyczółka na wschodnich ziemiach. Oczywiście wszystko to to jedynie moje głośne przemyślenia i uwagi, które dawałem Boskiej. To co z tym zrobi to już jej wola
Gestem dłoni wskazał na wielką mapę Fereldenu, wiszącą na kamiennej ścianie gabinetu. Mapa ta, pokazująca wszelkie szlaki, miasta, wsie, jeziora i koryta rzeki, bogatym piórem miała także wymalowane ukształtowanie terenu i lokacje co ważniejszych świątyń oraz kapliczek.
- Od dawna uważam, że Templariusze nie mają odpowiedniego punktu zbiorczego w Fereldenie. Nie mówię nawet o pomniejszych twierdzach, nie o przyczółkach czy miejscach ćwiczebnych. Mówię o bazie. Jej po prostu nie ma. To bardzo wpływa na działanie tamtejszych braci i efektywność Komtura. Trzeba coś z tym zrobić- podchodząc do tablicy wzrokiem przeleciał po najoczywistszych kandydatach. Amarant posiadał świetne zaplecze i lokalizacje, tamtejszy jednak ród budził pewne wątpliwości. Było o nich za mało informacji, co więcej wątpił w ich oddanie Zakonowi. Redcliffe byłoby idealne, szczególnie, że panujący tam władca posiada brata templariusza. Świetny temat do rozpoczęcia koneksji. No i jest jeszcze Twierdza Kinloch, stara forteca używana jako Krąg Maginów we wschodnim państwie. Obszar ten wymagałby dobudówki kolejnych pomieszczeń i zagospodarowania wolnej przestrzeni, a na to było mało czasu, szczególnie jeśli Boska chce rozpocząć plan teraz.
- Jak uważasz Thomasie...- zaprosił rycerza gestem - Które miejsce jest odpowiednie twoim zdaniem?
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy Nie Maj 08, 2016 11:02 pm

MISTRZ GRY


Młody templariusz z zaciekawieniem słucha wywodu kanclerza. Nie był politykiem i tym bardziej nie znał się na tym. Wszystkie informacje, które do niego docierały były niczym wrzucanie laika na rozwścieczonego rumaka. Utrzymałby się chwilę, ale poza tym nic innego nie miałoby miejsca. Pewne frakcje zasłyszanych treści zachowywały się w pamięci, próbując skleić jakiś logiczny wzór. Bywając w różnych środowiskach, Thomas spotkał się z wachlarzem teorii na temat zakonu, jego władzy lub męce związanej z magami. Ów czas, kanclerz prezentuje nieco odmienne, odbiegające od dotychczasowych stanowisko. W jego mniemaniu zbrojne ramię zakonu potrzebuje silnej fortyfikacji. Na tę wieść, Thomas zareagował niedostrzegalnym pokrzywieniem, wszak "templariusze są zbrojnym ramieniem zakonu, a nie osobną frakcją militarną, która bytuje jako osobny organ". Pomimo tego uważnie wysłuchał całego wywodu.

I przyszła pora, kiedy to kanclerz postanowił włączyć młodego męża do rozmowy. Jak biczem strzelił, znikąd w uchu Thomasa zabrzęczało niespodziewane pytanie. Mędrzec chciał wiedzieć, gdzie według młodzika najlepiej byłoby ulokować twierdzę templariuszy, którą być może uda mu się wywalczyć podczas dysputy z boską i resztą wielkich kapłanek.
- Nie jestem strategiem, panie - wycedził skromnie - ale sądzę, że nie można liczyć na przydzielenie templariuszom ośrodków miejskich. Nawet jeśli boska zechce przyznać, w co szczerze wątpię, to ludność wszczęłaby bunty. Moim skromnym zdaniem najciekawszym miejscem jest zaniedbana twierdza Ostagar. Wymagałoby to dużo pracy, lecz jest to idealny punkt do kontroli apostatów, którzy, jak szepcą ptaszki, infiltrują głuszę Korcari. Z kolei bardzo dobrym punktem militarnym jest twierdza Szczyt Wojownika w północnym Fereldenie.

Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy Pon Maj 09, 2016 12:11 pm

Pokiwał skwapliwie głową na słowa młodego. Spojrzał na mapę raz jeszcze, delikatnie dotykając pomarszczonymi palcami skóry na której została wyrysowana. Ostagar faktycznie nie jest złym wyborem: stara tevinterska twierdza, będąca niegdyś najbardziej wysuniętym punktem na południowo-wschodnich ziemiach upadłego imperium. Wzniesiona na skraju Głuszy Korcari baza mogłaby być dobrym przyczółkiem w którym templariusze rozpoczęliby swoje operacje. Skoro dzięki niej dało radę odpierać najazdy Chasydów, to tym bardziej nada się na kilkunastu apostatów. A lokalizacja? O ile go pamięć nie myli zamczysko stoi u zbocza wąskiej góry, pilnując przełęczy będącej najbezpieczniejszym traktem w stronę dalszej północy.
-Dziękuje Ci - mruknął pod nosem, dalej dotykając palcami schematu Fereldenu - Byłeś bardzo pomocny. Na Stwórcę, ale czy nie trzeba już ruszać? - siwe brwi kanclerza uniosły się w jak najbardziej teatralny i wyuczony sposób. Czas oczywiście jeszcze nie wybił, ale chód i prędkość z jaką teraz poruszał się Gilmore pozostawiało wiele do życzenia. Opierając się na lasce z dalijskiego drwa poruszał się ociężale, czując ból i stare blizny, postękiwał często, marudząc pod nosem i bredząc stare bezeceństwa. - Wezwij woźnice, niech podjedzie dorożka, Thomasie. Skoro Wielkie Kapłanki już się zjechały to lepiej bym i ja trafił do Wielkiej Katedry- spojrzał wymownie na młodzika, a gdy ten oddał salut i skierował się do wyjścia Marquis odwrócił się na pięcie.
Szedł teraz szybciej, zdecydowanie bardziej żwawo niż widział go jakikolwiek postronny. Czuł, że potrzebował teraz pełni swojego skupienia i koncentracji. To ma być w końcu jego dzień. Co więcej, potrzebował ugasić pragnienia oraz zwiększającego się, ciężkiego poczucia marazmu i szarości, które pochłaniało z każdą chwilą mijania otaczającą go rzeczywistość. Stukot laski nie ustawał, wiedział, że ma wystarczająco czasu nim templariusz uwinie się z jego prośbami, ale nawet i to nie miało znaczenia: nie kierowała nim potrzeba, kierowało łaknienie.
Zbliżając się do jednej z szafek, otworzył ją kluczem wyciągniętym spod wierzchu szaty. Drzwiczki otworzyły się z dźwięcznym skrzypnięciem, a Gilmore chwycił drobną skrzyneczkę.

Już blisko Marquisie, jeszcze tylko chwila.

Drugi klucz, specjalnie wykuty przez orlezjańskiego mistrza ślusarskiego trafił do zamka szkatułki. Zamkniecie zrobione tak by włamanie się do zawartości było praktycznie niemożliwe bez zniszczenia całego kontenera. Dzieło zostało wykonane na gorącą prośbę samego kanclerza. Z resztą nie bez powodu, jak każdy miał swoje gorąco ukryte sekrety. Płynnym ruchem dłoni otworzył wieko, przełykając głośno ślinę. Ułożone poziomo drobne fiolki z niebieskawym płynem leżały nieruszone, tak jak powinno, a liczba ich nie zmieniła się od ostatniego razu. Ciekły błękit bił jasnym, niemalże luminescencyjnym światłem, rozświetlając krawędzie pojemnika. Drżąca ręka uniosła jedno ze szkieł, druga dłoń odkorkowała.
Gilmore nie posiadał własnego przydziału lyrium. Chociaż błagał Komtura na kolanach, ten stwierdził, że nie przydzieli mu kolejnych dawek, nawet w tajemnicy. Marquis nie ukrywał niezadowolenia, początkowo wrzeszcząc i rycząc, potem łkając, bijąc się w pierś i zadając sobie świadomy ból fizyczny. Wszystko tylko po to by poczuć inne emocje niźli narastający głód i potrzebę. Nic nie zdawało efektu. Prawda jest taka, że lyrium jest od niego silniejsze, a on musi poddać się jego zgubnemu działaniu. Kanclerz nie bez powodu wziął sobie gwardię templariuszy, nie dość, że Ci stanowili ochronę i świadczyli o jego statusie, do dodatkowo posiadali także płyn, którego tak bardzo potrzebował. Oczywiście otwarcie nie prosił ich o dawki, rekwirował drobną część ich przydziału, mówiąc, że nie chce by uzależnili się od zgubnego działania błękitu. Domyślał się oczywiście, że gwardziści mieli swoje podejrzenia, co więcej podejrzewał, że sam Komtur o wszystkim wie i patrzy na to z przymrużeniem oka, ale Gilmore'a będąc szczerym mało to obchodziło. Był im potrzebny, a oni potrzebowali jego. Taka już była między nimi zażyłość.

Szybkim ruchem wlał całość zawartości fiolki do gardła. Cierpki smak eliksiru delikatnie muskał jego podniebienie, spływając coraz niżej, aż do żołądka. Język zbierał łapczywie każdą uronioną kroplę z jego warg, tak by nic się nie zmarnowało. Westchnął ciężko, opierając się o krawędź stołu.
Kiedyś lyrium działało od razu, teraz jednak, z biegiem lat, czuł, że musiał poczekać na pierwsze efekty. Najpierw chwilowy ból skroni, jakby nagłe wzrosty ciśnienia. Później drżenie starczych palców i poty, które trwają dobrych kilkanaście sekund. A potem? Potem wszystko się zmienia. Kolory znowu nabierają pełni ostrości, a energia wraca do starego ciała. Wigor powraca do kanclerza - tylko jeden z kolejnych symptomów jego ciągłego uzależnienia.
Teraz zamknął szkatułkę, zakluczył i schował do swojego miejsca, wiedząc, że zaraz...
- Wasza Ekscelencji, templariusz Thomas informuje, że dorożka stoi, gotowa do drogi - drzwi otworzyły się szybko, do środka wszedł jeden z pilnując gabinetu gwardzistów
- Doprawdy? - odwrócił się na pięcie Marquis, spoglądając na mężczyznę - No to nie ma co czekać. Pomóżcie mi wyjść z budynku.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy Sob Maj 14, 2016 10:37 am

MISTRZ GRY


Translokacja wiekowego templariusza nie była niczym przyjemnym dla żadnej ze stron. Podczas monotonnego marszu w dół krętych schodów, co rusz dochodziło do niesmacznych incydentów: to Thomas ruszył z kopyta, porywają lecącego z nóg starca, to ów starzec nie wytrzymywał napięcia w efekcie czego kołysał się niczym łódka na wzburzonym morzu przez wrogie bóstwo. Stałe porcje lyrium dostanie wyniszczyły organizm kanclerza, jak i każdego wiekowego templariusza. Niektórzy, wścibscy ludzie, pośród swoich szepcą za plecami, że wiek, którego dożył Marquis jest rzekomym rekordem. Jak podają lakoniczne kroniki i chłopska gawęda, żywot templariusza jest krótki, bowiem liczy czterdzieści ileś wiosen. Przyrównawszy tę normę do wieku Marquisa, nie dziwota, iż nawet najbystrzejsi trącą plotką o nienaturalnym biegu życia. Lyrium to potężna kochanka, może wznieść cię na wyżyny, ale i powalić na ziemię. O ile templariusz dożyje pełnej dojrzałości, gdyż posługa boska wiąże się z licznymi zagrożeniami, chociażby katorgą przez schody. Trwała ona długo i przyprawiła obydwu mężów o szybszy łomot serca. Jeden denerwował się na drugiego, że pędzi nie na jego możliwości, inny zwalniał w trosce o przełożonego, aby ten, co galopem wyszedł na prowadzenie, bo tak prędko mu było do wielkiej katedry. Kanclerz Marquis to wielki człowiek, mimo iż balansuje na granicy życia i pustki, potrafi zaskakiwać. A, mrożąca krew w żyłach rajza właśnie dobiegła końca. Wiotkie drzwiczki powozu otworzyły się przed majestatem wielkiego kanclerza. Czas gonić konie, albowiem najprawdziwszy przedstawiciel zbrojnego ramienia nie może splamić się zwłoką.


~ Wielka Katedra ~

Chociaż podróż trwała krócej niż posiłek w obcowisku elfów, to wymagała nie lada precyzji od woźnicy. Ulokowany nieopodal kwatery kanclerza największy ośrodek- Wielka Katedra- powiązany jest z mniejszymi świątyniami oraz kilkoma ośrodkami za pomocą wąskich uliczek. Ponadto, próba dojazdu do katedry od frontu jest niemożliwa, gdyż brukowany plac jest  miejscem przeznaczonym dla pielgrzymek. Tam najświętsza Boska przedstawia swój głos wiernym i to stamtąd prosty lud czerpie wiedzę, umacniając swą wiarę. Wielka katedra budzi zachwyt przejezdnych, albowiem jest majstersztykiem orlezjańskiej architektury. Cały dorobek wykonany z białego kamienia, który zestawiono w idealnych proporcjach. Także wnętrze Wielkiej Katedry może budzić zachwyt, albowiem ilość oraz przepych komnat są nie z tego świata.

Thomas chwycił cię za rękę, pomagając opuścić karetę.  Brak stromych schodów zapowiadał płynny przebieg podróży. Kolejno korytarze, mniejsze i większe, pełne witraży oraz kosztownych całunów. Finalnie doprowadziły mężów przed ciemne, dębowe wrota. Tutaj, Thomas musiał opuścić przełożonego, gdyż wstęp do sali mają tylko najwyżsi przedstawiciele kleru. Z pełnym szacunkiem pożegnał kanclerza, obiecując, iż będzie na niego czekać przed salą. Wzrok, którym go obdarował pełen był nadziei na zdatne rozwiązanie problemu apostatów.

Wrota zamknęły się za kanclerzem. W środku, dookoła okrągłego stołu, siedziały wielkie kapłanki. Jedna z nich- Wielka Brysylia- ochoczo podbiegła do snującego się starca, pomagając dotrzeć na fotel. Wielkie kapłanki były bardzo uprzejme, dopytywały się o stan zdrowia kanclerza, ale także plotkowały między sobą. Wszelkie szmery ucichły, gdy do środka weszła Colette IV i jej gwardia. Pustą salę od razu wypełniło sześciu, specjalnie odzianych templariuszy oraz prawa ręka Boskiej- Pavitia Lota-Love. Ta bezduszna istota o pustych, jak studnia oczach, stać będzie cały czas przy Boskiej, która właśnie zajęła miejsce przy okrągłym stole. Dosunięcie krzesła przez Boską pozwalało wreszcie na spokojny spoczynek. Dotychczas wszyscy wraz z kanclerzem zmuszeni byli stać na baczność. Całe wejście nie należało do przyjemnych, bowiem odbiega ono od wizerunku dobrodusznej Boskiej, a raczej przypomina wstąpienie stalowego cesarza na salony. Zaczęło się, Colette IV zabrała głos.
- Witajcie, najwyższe siostry i ty, kanclerzu. Z pewnością zżera was ciekawość, nie możecie doczekać się momentu, w którym wyjaśnię waszym wielkim godnością, w jakim celu zebraliśmy się w ten słoneczny dzień. Otóż, jak mniemacie, stoimy na skraju przepaści. Niewierni kąsają zewsząd, rąbiąc nasze wspólne drzewo u podnóża. Pęd staje się coraz słabszy i tylko czekać, aż nieprzychylny wiatr zwróci się w koronę drzewa, powalając je. Tak! Stwórca wystawia nas na próbę, nakazuje chronić dzieci. Już raz ukarano nas za grzechy, dlatego powiadam wam: bądźmy czujni.
Colette IV przerwała spontanicznie, jakoby zabrakło jej tchu.
Wielkie kapłanki zwróciły się między siebie, szepcąc niezauważalnie.
- Chciałabym przedstawić wam realne zagrożenie z zachodu. Wiem, że wielu z was ma odmienne zdanie i wielu będzie chciało znaleźć inną drogę rozwiązania tego problemu, ale proszę, nade wszystko proszę, abyście uważnie przysłuchali się oskarżeniom.
Pavitia przekazała kilka zwiniętych pergaminów w ręce Boskiej.
- W dłoniach dzierżę dowody, które zdobyła moja prawa ręka i jej podopieczni. Mowa o elfach, które coraz intensywniej ingerują w nasze dziedzictwo. Pavitia odnotowała ataki niezrzeszonych grup dzikich długouchów, którzy kumulują się na zachodzie, by atakować stacjonujące tam oddziały templariuszy.
Jeden pergamin poleciał na stół, podczas gdy Boska rozwinęła kolejny.
- W Montfort odnotowano kilka porwań dzieci, o które podejrzane są elfy. Nie wiemy dokładnie kto za tym stoi, ale miejskie dzikusy współpracują z kimś z zewnątrz. Naturalnie, zajęłam się tym. Do zbadania sprawy zostali powołani przeszkoleni templariusze z Fereldenu. Wywiad Pavitii donosi, iż elfijskie czaromioty potrzebują dzieci do swego rodzaju rytuału, gdzie pełniłby rolę ofiar.
Kolejny pergamin został rzucony na stół. Jeden z nich podniosła Wielka Kapłanka Izabela.
- Tu nie ma dowodów! - krzyknęła Izabela - to wyłącznie daleko idące domniemania, które nie mają podstawy...
Ktoś przerwał kapłance, kolejna dodała swoje stanowisko i rozpoczęło się warzenie bulionu. Wszystkie podbudowane warkotały to pod nosem, to głośniej. Jedne nawet ośmieliły się, tak samo jak Isabela, wyrażać swoje zdanie na głos. Colette IV zamilkła, przyglądając się debacie Wielkich Kapłanek o różnych stanowiskach.

Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy Pon Maj 23, 2016 9:05 pm

Drżąca ręka podrygiwała mocno z każdą chwilą upływającą na bezczynnym wyczekiwaniu dla głowy Zakonu, dla Boskiej. Podtrzymująca dębowa laska trzęsła się zgodnie ze  starczym dygotem, wypukując na brukowowanej posadzce nierówny rytm. Marquis czuł z każdym oddechem mijające lata i przeżyty czas, który przeżarł go i wypluł, zostawiając zepsutego, niedoskonałego i zniszczonego, w obecnej okazałości.  Spoglądał wyczekująco na złote odrzwia, z których jak zawsze wyjść miała Colette, rozpoczynając kolejne obrady zakonnej loży. Westchnął ciężko czując obolałe stawy i kostki. Już niedługo, jeszcze tylko chwila, wytrzymaj, bądź pewny. Ciężko dysząca klatka piersiowa to raz opadała i podnosiła się wysoko, by zaczerpnąć powietrza wymieszanego z perfumami i kadzidłami wielkiej sali. Czerwony od lyrium wzrok przejechał po twarzy każdej wielkiej kapłanki, oceniając emocje, ruchy, bodźce i reakcje. Czuł zniecierpliwienie, czuł zmartwienie, czuł zaintrygowanie, czuł też strach. Nigdy nie wiadomo dlaczego Boska wzywa radę, zawsze jednak można być pewnym tego, że ktoś wiążę z nimi swoje własne ambicje. Możliwość przedstawienia swoich racji i punktów widzenia, które przeobrazić mogą się w ideę i działanie, jest czymś więcej niż tylko drobnostką i omówieniem spraw doczesnych. Jest to  pokusa. Pokusa której żadna ze stron nie może się oprzeć. Wszyscy chcą wyrwać coś dla siebie z tego wielkiego ciasta jakim jest Zakon. Każdy oczywiście ma swój kawałek, ale to jaki będzie duży, zależy wyłącznie od próby zaspokojenia własnej ambicji. A to, to wcale nie jest takie łatwe.
W końcu wybiła właściwa godzina. Collete weszła pewnym krokiem, otoczona swoimi zaufanymi gwardzistami, gotowa do rozpoczęcia obrad i własnej audiencji. Wydały wyraźne zezwolenie na spoczynek, nareszcie. Kanclerz Gilmore stęknął z ulgą gdy tylko zasiadł na wyznaczonym miejscu. Czuł jak fala bólu zmęczonych mięśni i drżenia powoli przechodzi, przenikniona komfortem i wygodą siedziska.
Pierwsze rozmowy nie zaskoczyły go wogóle. Wysłuchując Boskiej zdecydował się na role pasywną, pewnie obserwując twarze zebranych i konfrontujących się Matek. Każda z nich wygłaszała swoją tezę, odnosząc się do sumienia bądź obowiązku, twierdząc, że należy postąpić w ten czy inny sposób. Marquis westchnął tylko ciężko opierając żylastą rękę o podródek. Musiał wyczekać na swoją kolej, a ta nadejdzie gdy tylko każda z nich powie już co jej ślina na język przyniesie. To nie tak, że nie miał nic do powiedzenia. Kanclerz wiedział, że chociaż znajduje się w radzie to jego zdanie wysłuchane zostanie na samym końcu, gdy mury pomieszczenia obejmie pierwsze milczenie. Nie robił tego z przekory, tego po prostu wymagała zakonna suplika.
Wyczekując stosownie chwycił za dokumenty podane przez Collete i czytał je w skupieniu, starając się ocenić ich wiarygodność przez obserwacje i własne doświadczenie zakonne. Gdy zaś wyczuł pierwsze oznaki ciszy, rozpoczął
- Wasza Świętobliwość, Wielebne Matki, Wielkie Kapłanki...- odkładając plik dokumentów na stół wymieniał głośno tytulatury, nie racząc jednak nikogo swoim spojrzeniem - Sprawa wymaga zdecydowanie uwagi nas wszystkich, ze względu , że dobrzy i pokorni słudzy Światła Andrasty są skazywani na działania nieczystej siły, której intencje są pewnie tak samo niebezpieczne co i plugawę. Według podanych dowodów, nie wiemy dokładnie kto stoi za porwaniami, ale możemy jasno stwierdzić, że miały one miejsce w określonym przedziale czasu i nie są wynikiem przypadku. To wszystko jednak są "domniemania" jak Wielka Kapłanka Izabel zdążyła słusznie sama  stwierdzić. Domniemania które nie mają żadnych większych podstaw i racji. Powinniśmy oddać sprawę do szerszego wglądu i obserwacji. A tak przynajmniej podpowiada nam rozsądek - czując wzrok wszystkich,  połączył palce obu dłoni i oparł łokcie o blat wielkiego stołu – Jednakże czasami nie możemy słuchać wyłącznie logicznego myślenia. Wybaczcie mi wielebne i Ty wasza Świętobliwość, ale uważam, że nie rozsądek doprowadził Andrasty do Świętości i to nie rozsądek dał jej do zrozumienia, że może wygrać z Tevinterem. Była to wiara. Wiara w to, że dobro zawsze może wygrać nad złem i wiara w to, że zło faktycznie istnieje. Bo istnieje moje Siostry, co do tego nie ma nikt z nas żadnej wątpliwości. Istniało gdy Tevinter rozszerzał swoje wpływy na cały znany nam glob, gdy Andrasta uwolniła ludzi z okowów niewolnictwa i gdy Hessarian skrócił męki naszej Świętej Pani. Wszystko to jest aktem zła, a każdy z nas doświadczył jego działania we własnym życiu, chociażby raz. W takich chwilach musimy zastanowić się co zrobić by świat stał się lepszy. Zniszczyć zło? - tutaj uśmiechnął się cynicznie - Wymyślna i utopijna to mrzonka, brzmiąca pięknie, jednakże odbierająca nam wszystko to co czyni nas samych w sobie ludźmi. Bo my jesteśmy grzeszni moje Panie. Wszyscy w jakimś stopniu. Nie jesteśmy doskonali, ale chcemy do doskonałości dążyć. A to już pierwszy krok ku lepszemu. Oczywiście są też tacy co na herezji i chaosie chcą się wybić. Ci szczególnie są niebezpieczni w swych pokrętnych działaniach.
Moim zdaniem Zakon nie może stać bezczynnie na akt brutalnego porwania, moim też zdaniem bezczynność równa się ze złem, którego tak chcemy bardzo unikać. Na samego przecież Stwórcę, elfy atakują posterunki Zakonu! Apostaci szerzą się jak choroba po lasach! Plugawce tworzone jak grzyby po deszczu, a teraz jeszcze to! -
starczy głos niczym echo odbiło się o mury białego kamienia sali.  Energicznym gestem palca wskazał na stos i pliki dokumentów z sytuacji w Montfort - Jest tylko biel i czerń drogie Wielebne Matki. Nie ma odcieni szarości. Każdy kto sobie to wmawia jest ignorantem albo głupcem. Świat nigdy nie będzie utopią, możemy jednak sprawić by chociaż trochę nam go przypominał
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy Pon Maj 23, 2016 10:28 pm

MISTRZ GRY


Wywód był długi i momentami monotonny. Starzec poddawał się woli fantazji, odpływając w płynnym monologu wyszukanych frazesów. Od czasu do czasu próbował urozmaicić wypowiedź, lecz starcza gestykulacja, chociaż stosownie zaprezentowana, nie wpłynęła na jakość prezentacji. Już w trakcie głoszenia swego stanowiska, część z obecnych przy stole wielkich kapłanek potakiwała, kołysząc głową w górę i w dół. Było ich niewiele, znaczna część pozostawała w bezruchu, stale wpatrując pełne ciekawości oczy w personę kanclerza. Wypowiedź ewoluowała na kolejne poziomy, powoli nabierając tempa. Usypiające przypowieści zaczęły nabierać sensu, a cała wyprawa, jakby ruszyła z górki. Na łapu capu, co rychlej przez strudzoną krtań wyłaniały się konkretne zdania. Słowa odważne, bo uderzające w samą strukturę najświętszego zakonu wielkiej prorokini Andrasty. Tuż za nimi nadeszła fala goryczy oraz związana z nią dysputa odnośnie elfów i problemu apostazji. Wisienką na torcie miało być rozwiązanie, złoty środek, który doprowadzi do przybliżenia wspomnianej przez kanclerza utopii. Niefortunnie na pouczeniu skończono. Kapłanki, jak i sama Boska czuły niedosyt. Brakowało odpowiedniego zakończenia. Wytrzeszczone ślepia, wymuszały niewerbalnie dokończenie, lecz daremno, kanclerz skończył i najprawdopodobniej nie miał ochoty dalej kontynuować. Ciszę po jego, bądź co bądź, wielkim wystąpieniu rozprasza gospodyni zebrania.

- Odważne słowa, kanclerzu. Odważne i zarazem bardzo trafne, bo doskonale opisujące obecny stan rzeczy. Rada jestem, iż dostrzegasz zepsucie, które zewsząd kąsa stabilne grunty Zakonu Andrastańskiego. Spuścizny naszej ukochanej prorokini. - Boska wstrzymała dalszą przemowę, aby jednym ruchem przelecieć wzrokiem po wszystkich aktywnych członkach zjazdu. - Możemy znieść wiele, bo tak nas nauczano, lecz jeśli niewierny plugawi świątynię, obowiązkiem jej opiekuna jest usunąć grzesznika. Tak i teraz stoimy nad przepaścią i tylko od nas zależy, czy do niej wpadniemy czy zbudujemy stabilny most. - Dotychczasowo swobodnie rozłożone na stole dłonie, powoli zaczęły się w sobie zamykać, tak jakby niemiłosierny ból przeszywał następczynię Andrasty. - Przedstawione dowody są dla wielu z was, moje drogie błahe. Uważacie, że to żadna przesłanka - dodała, machając dokumentami przed nosem - i chciałabym ślepo wierzyć w to także, lecz nie pierwszy raz Stwórca wystawia nas na próbę. To są znaki! Symbole, które należy odczytać i zacząć działać nim będzie za późno. Elfy wniknęły do naszej społeczności, wiele z nich przyjęło głos stwórcy. Czy aby na pewno zrobiły to z powodu  stosownych pobudek? Niegdyś dzicy, czczą swój panteon. Odtrącili swoją wiarę, bo tak im wygodniej! Pan gniewa się na nas za otaczanie niewiernych opieką i wprowadzanie ich do sanktuarium. Wydarzenia z Montfort tylko ujawniają, jaka jest ich prawdziwa natura. Wyczekują odpowiedniego momentu, żeby ukąsić. Gdy patrzę na wasze przerażone miny, wiem, że sądzicie inaczej. Szanuję wasze zdanie, albowiem szczerze wierzę, iż wiele elfów naprawdę przyjęło stwórcę do serca. Pragnę tego jak nikt inny. Chcę tylko chronić spuściznę prorokini. - emocje opadły, zaś Boska zamilkła na chwilę.
-  Zbrojenie, grupowanie a także wzmożona agresja ze strony dalijczyków jest niepodważalnym faktem, bo templariusze w imię Stwórcy giną na granicy! Granica, która odgranicza Was, żebyście były bezpieczne! Ta granica, chroni Was przed najazdem z zachodu, bo żaden dalijczyk nie zawahały się przed skrzywdzeniem Wielkiej Kapłanki. - Colette, jakoby celowo pomijała w wywodzie kanclerza, gdyż jego głos był na tyle klarowny, iż Boska założyła, że stanowisko starca jest niemalże identyczne do jej własnego - Schyłek jest bliski, Pan wzywa nas do działania, dlatego tutaj jesteśmy. Musimy jednogłośnie określić działania, które pozwolą zachować świetność Stwórcy i pozwolą chronić jego dzieci.
Ostatnie zdanie było tak czytelne, że nie rozwijała go wcale. Dotychczasowe refleksje jasno wskazywały, iż Boska chcę wzmocnić siły zakonne na granicy zachodniej, gdzie w lasach bytują Dalijczcy. Ponadto domniemać można, że skłonna jest wydać dekret, który pozwalałby inwigilować miejskie elfy i eliminować potencjalnie niebezpieczne jednostki.


Burza powoli dobiegała końca, kurz po wielkiej wichurze opadł, zaś pod jego zasłoną skryły się liczne mimiki Wielkich Kapłanek. Kilka spokojnych min, inne wręcz przeciwnie, gniewne i oburzone z czerwonymi wypiekami na policzkach. Do drugiej grupy należała naturalnie znana z przychylności elfom - Wielka Kapłanka Izabela. Żadna nie podjęła dalszej rozmowy, chociaż niewiele brakowało, żeby ktoś popuścił języka.

Powrót do góry Go down
Sponsored content
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy Today at 1:12 am

Powrót do góry Go down

[Prywatna|Włości Zakonne] W imię Stwórcy

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry
Strona 1 z 1
Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Dragon Age » ROZGRYWKA FABULARNA » ORLAIS » Val Royeaux-