Dragon Age

Share

[Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
- dragon age PBF -
PisanieTemat: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Wto Kwi 26, 2016 10:17 am

First topic message reminder :

Słońce leniwie zaglądało przez okiennice mieszkańców stolicy. Na niebie nie widać było żadnej chmury, która mogłaby zakłócić jego wędrówkę po nieboskłonie. Lekka bryza dawała obietnicę na chwilowe wytchnienia nawet jeśli zrobi się zbyt gorąco. Wraz ze słońcem do życia budziło się miasto. Otwierały się pierwsze zakłady, ludzie ruszali do pracy, Letni Bazar coraz bardziej zapełniał się mieszczanami, zaś żebracy chowali się w ciemnych alejkach by zejść innym z drogi. Dzień jak co dzień w Val Royeaux.

Sir Prosper du Chevin, świeżo zaprzysiężony rycerz, stał wyprostowany z hełmem pod pachą i ze spokojem spoglądał na plecy marszałka Eduarda Volle. Zaraz po przebudzeniu dostał rozkaz zjawienia się u dowódcy. Natychmiast zaczął przywdziewać rynsztunek co jakiś czas krzycząc, gdy sługa, który mu w tym pomagał robił coś zbyt wolno. Tym razem nie posunął się do rękoczynów uznając, że nie warto tracić czasu na to bezwartościowe ścierwo. Gdy został wpuszczony do sali, w której przebywał marszałek, ten przeglądał właśnie jakieś papierzyska. Prosper wciąż pamiętając gniewne oblicze dowódcy nie chciał mu przerywać. Stał i czekał.
Marszałek w końcu podniósł oczy znad czytanego tekstu i obrócił się w stronę przybyłego. Prosper natychmiast spiął całe swe ciało.
- Wzywałeś, sir – powiedział, zaciskając jedną dłoń na rękojeści miecza, zaś drugą przyciągnął bliżej hełm do swego ciała.
- Ach, tak. Sir Prosper. - Ton głosu marszałka wydawał się dziwnie łagodny, nie przypominał w niczym sposobu w jaki zwracał się do swych rekrutów. Choć zmiana ta powinna być oczywista skoro teraz obaj należeli do kawalerów, Prosperowi wydała się dziwna i nienaturalna. - Wezwałem Was – kontynuował – ponieważ mam dla Was ważne zadanie delikatnej natury. Otóż księżniczka Daelyria ma ochotę wybrać się na poranny spacer ulicami miasta. O ile ufam iż strażnicy świetnie wykonują swe powinności to chciałbym by tym razem towarzyszył im kawaler. - Marszałek spojrzał prosto oczy Prospera dając mu do zrozumienia, że to jego ma na myśli. - Spotkasz się ze strażnikami przed komnatami księżniczki i dopilnujesz by jej spacer obył się bez jakichkolwiek ekscesów. Nie zapominaj, że reprezentujesz rycerstwo Orlais. A teraz ruszaj – zakończył i ruchem ręki dał znać, że to koniec rozmowy.
Prosper nawet gdyby chciał nie mógłby zaprotestować. Nauczono go, że rozkazy wykonuje się bez mrugnięcia okiem, a skoro marszałek nie oczekiwał żadnych pytań to ten nie miał zamiaru żadnych
zadawać.
- Tak jest! - odpowiedział i skłonił się lekko.
Odwrócił się na pięcie, przywdział hełm i ruszył w stronę pałacu. Żył by służyć swej ojczyźnie i rodzinie cesarskiej. W końcu pragnął oddać życie za swego cesarza jako jego czempion, więc ochrona jego córki była zaszczytem. Jedynie co mu się nie podobało to błahość tego zadania. Nikt o zdrowych myślach nie zaatakowałby członka rodziny cesarskiej w biały dzień. Prosper podejrzewał, że to jakaś zagrywka polityczna, a jego rola była jedynie reprezentatywna i z tego powodu nie był pewien czemu to jego do niej wyznaczono. Tak czy inaczej, miał zamiar wypełnić swą powinność najlepiej jak umiał.
Wychodząc z akademii przywdział maskę, która przynajmniej trochę ochraniała jego oczy przed bielą bijącą od strony oświetlonych jasnymi promieniami słońca murów pałacu. Tam gdzie Prosper szedł ludzie schodzili z drogi. Określenie, że szacunek, którym jest darzony mu się podoba byłoby niedopowiedzeniem. On czerpał z tego niezdrową satysfakcję.
Doszedłszy – po uprzednim spacerze korytarzami fortecy i minięciu strażników, którzy mieli mu dzisiaj pomagać – do komnat księżniczki, Prosper stanął przed drzwiami. Pozwolił sobie ściągnąć hełm wraz z maską i zapukał do drzwi.
- Księżniczko Daelyrio, przybyłem by towarzyszyć Ci w dzisiejszym spacerze – powiedział najdostojniej jak potrafi.
Cierpliwie czekał aż księżniczka opuści swe komnaty. Nie spieszyło mu się, zresztą nie chciał jej pospieszać, by przypadkiem nie narazić się na jej gniew.
- Sir Prosper du Chevin, chevalier, do usług Waszej Wysokości – przedstawił się, gdy tylko Daelyria wyjrzała zza drzwi i skłonił się w wyrazie szacunku.
Powrót do góry Go down















AutorWiadomość
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Nie Maj 08, 2016 9:18 pm

Wciąż patrzyła na chorych, jak i zakonnice. Stała z dłoniami założonymi przy pasie. Było ich jej naprawdę szkoda; w szczególności dzieci, które nie były niczemu winne, a i tak spadła na nich choroba. Podziwiała również dobroć tych kobiet, których jedynym celem właściwie była pomoc. Niespotykane - przynajmniej księżniczka wcześniej takiego nie widziała, między innymi dlatego była pod wrażeniem. Na dworze obracała się w towarzystwie syczących wężów, które gotowe były uśmiechnąć się prosto w twarz, a tuż potem plotkować.
Valmontówna praktycznie nigdy nie wdawała się w dyskusję, taką jak teraz. Z większością służek trudno było pogawędzić, bowiem jedyne słowa jakie z siebie wydawały to "tak, pani", "oczywiście, pani", "pędzę, pani!"... Stawało się dla księżniczki męczące, ale nie mogła nic z tym zrobić. Taka była ich praca.
Ułatwianie życia szlachcicom, a w szczególności rodzinie królewskiej. Teraz było inaczej - De Chevin pokazywał zupełnie odmienne zdanie od dziewczyny i to ją cieszyło. Cieszyła się, że każdy jest różny i każdy prezentuje swoje własne poglądy.
Zerknęła na chevaliera, gdy ten ponownie się odezwał. Zastukała butami o podłogę, obchodząc go w okół i stając na przeciwko niego, wciąż co jakiś czas zerkając na chorych i biednych, którym pomagały zakonnice. Życie...
- Każde życie ma cel, sir - powiedziała - Tylko nie każdy jeszcze go odnalazł. Niektórzy znajdują go w dzieciństwie, niektórzy jako starcowie... Spójrz na te kobiety. Ich celem jest pomoc tym biednym. Ich celem jest wiara. To utrzymuje je przy życiu, to jest ich celem  - stwierdziła.
- Mówisz, że nikt z nich nic nie osiągnie, nawet gdy podniosą się o własnych siłach. Tylko dlaczego? Brak im kogoś, kto naprowadzi ich na trop swojego celu. Kogoś, kto da im powód do życia. I uwierz mi, sir... - ściszyła głos, który po chwili zaczął jej drżeć - Taką osobą na pewno nie jest nikt z mojej rodziny. Nie obchodzą ich problemy mieszkańców, machają dłonią na kolejne śmierci. Czy to z głodu, czy to z powodu zwykłej brutalności - powiedziała w końcu, co siedziało jej w głowie. Ufała rycerzowi, choć mogło to być dziwne ze względu, że nie znali się tak długo. Nigdy wcześniej nie powiedziała, co tak naprawdę myśli... piętnastolatka była nieśmiała, cicha.
Zdawała sobie sprawę z tego, że były to odważne słowa. Sama była z nich zdziwiona, co rycerz mógł zauważyć po jej wyrazie twarzy czy też spojrzeniu, które nerwowo uciekało teraz w stronę grupki biednych. Chevalier mógł zauważyć, że jej dłonie, które dotychczas były luźno złożone przy jej pasie, zaczęły drżeć. Był to normalny odruch, zwłaszcza, że pomyślała sobie, co by było gdyby cesarz, bądź co gorzej cesarzowa, dowiedzieli się o jej słowach.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Pon Maj 09, 2016 10:33 pm

Wodził wzrokiem za księżniczką, która powoli go zatoczyła wokół niego koło. Wydawała mu się jakaś inna. Nie była już taka skryta, zachowywała się żywiej, dopiero teraz Prosper był wstanie stwierdzić mógł stwierdzić, że naprawdę zależy jej na losie tych osób. Coś w mowie jej ciała świadczyło o pewności siebie, którą wcześniej skrywała. Być może pod tą wierzchnią niewinnością i delikatnością skrywało się coś więcej. Można było wiele usłyszeć o cesarzowej, której bali się nawet niektórzy kawalerowie. O księżniczce jednak dużo się nie słyszało. Prosper ze zdawkowych informacji wywnioskował, że rzadko wychodzi z pałacu. Do tej pory sądził, że to cesarz nie pozwala jej opuszczać włości, czy to ze względów bezpieczeństwa, czy też politycznych. Z tego powodu postać księżniczki nie wzbudzała jego zainteresowania. Teraz jednak, gdy zaczął ją poznawać wydawała się tak inna od innych członków swej rodziny, że zapragnął dowiedzieć się więcej.
Ulżyło mu, gdy zrozumiał, że zamiary dziewczyny są szczere, a nie było to jakaś pokręcona zagrywka polityczna. Nienawidził polityki. Ze względu na swe pochodzenie musiał poznać jej podstawy, co jednocześnie pozwoliło mu zrozumieć jak bardzo gardzi tym przepełnionym kłamstwami i zdradami światem. Wiedział jednak, że jako chevalier w końcu ten świat go dopadnie, a Prosper nie był pewien, czy jest gotowy zagłębić się w jego odmęty.
Słowa księżniczki go zszokowały. Górę wziął nad nim instynkt i powstał gwałtownie z ławki tak, że znów górował swą posturą nad dziewczyną. Szybko jednak przypomniał sobie gdzie się znajduje i z kim rozmawia. Rozejrzał się po sali, by przekonać się, czy ktoś usłyszał słowa Daelyrii.
- Księżniczko, być może o pewnych sprawach nie wiem tego co ty, – zaczął ściszonym głosem – jednakże nie mogę pozwolić Ci mówić tak o Jego Promienistości, Waszym ojcu, a szczególnie nie tutaj. – Znów spojrzał na siostry i chorych – Jestem pewien, że cesarz przejmuje się losem każdego mieszkańca, zaś przez Waszą Wysokość przemawiają emocje związane z zobaczeniem tego miejsca.
Dopiero po wypowiedzeniu ostatniego słowa zrozumiał, że ściska rękojeść miecza. Rozluźnił dłoń. Miał nadzieję, że księżniczka tego nie zauważy, a nawet jeśli nie odbierze tego w niewłaściwy sposób. Nigdy nie skrzywdziłby córki cesarza, nieważne jaka złość by go ogarnęła.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Czw Maj 12, 2016 2:15 am

Rzeczywiście, w Daelyrii było coś więcej. Było to mocno skryte za jej niewinnością i nieśmiałością, którą kształtowano w niej przez lata w pałacu; trudno powiedzieć, czyja jest to wina. Być może matki, która jej nie doceniała; być może ojca, który nie miał na nią czasu; być może ciotki, która unikała jej jak ognia. Wszystko to w pewnym sensie składało się na to, jaka Valmontówna teraz jest. Przez swą dosyć niską samoocenę przestała przebywać w otoczeniu jakichkolwiek ludzi, pomijając większe okazje, jakimi były na przykład bal. Piętnastolatka, mimo, że była urodzoną damą, wyróżniała się z otoczenia innych szlachcianek w jej wieku. Je interesowały perfumy, czy też biżuteria, suknie - sama księżniczka owszem, lubiła wyglądać i pachnieć ładnie, niemniej jednak miała ponadto wyższe cele.
Jednym z nich była właśnie pomoc biednym oraz prześladowanym, choć nie leżało to w interesach księżniczki. Stety czy niestety, jej rola była zupełnie inna.
Teraz powiedziała kilka zbyt słów za wiele, poruszona widokiem w Świątyni. Skarciła się w myślach za swoje zachowanie. To nie było odpowiednie, szczególnie w publicznym miejscu; nikt nie mógł plamić wizerunku cesarza, który bądź co bądź i tak był już wystarczająco naruszony.
Dziewczyna ścisnęła mocno obie dłonie, które nie przestawały się trząść. Zamarła, gdy de Chevin powstał gwałtownie i nad nią stanął. Księżniczka uniosła swoje oczy, patrząc w jego twarz w bezruchu. Była niemal pewna, że zaraz zemdleje z nerwów. W tej jednej chwili zapomniała o swojej pozycji i o tym, że chevalier nie może jej nic zrobić. Zauważyła również dłoń na rękojeści miecza.
Odetchnęła z ulgą, gdy zaczął mówić. Rzeczywiście, piętnastolatka źle uczyniła, mówiąc takie rzeczy... ale była człowiekiem, każdy popełnia błędy. Nawet osoba z rodziny królewskiej.
- W... - zająknęła się, jednak zaraz potem kontynuując delikatnie drżącym głosem - Wybacz, sir - przeprosiła, opuszczając wzrok. Doprawdy, była naprawdę zawstydzona. Obróciła się w ciszy w stronę ołtarza i zerknęła na niego jeszcze raz. Stuknęła butem i skierowała się w stronę łóżek, na których leżeli schorowani i biedni; od starszych, aż po dzieci, ówcześnie zerkając wymownie na rycerza, by podążył za nią. Sama piętnastolatka poczęła wędrować między łóżkami, patrząc niemal każdemu w oczy. Trudno powiedzieć, dlaczego... po prostu czuła, że musi spojrzeć im w twarze. Poczuć choć kawałek cierpienia, jakie przeżywają.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Sob Maj 14, 2016 12:07 am

Nie był pewien jak zareagować w obecnej sytuacji. Mu również było wstyd. Pozwolił by emocje kolejny raz wzięły nad nim górę. Dodatkowo dopuścił się tego na oczach księżniczki. W myślach starał się usprawiedliwić swe zachowanie. Przecież nie mógł pozwolić by ktokolwiek podważał mądrość cesarza i jego miłość do swego ludu. Z drugiej strony karcił się, w końcu jego zadaniem była ochrona księżniczki, zaś teraz przez niego poczuła się zagrożona. Nie było nic co mógłby zrobić, by to naprawić. Liczył tylko na to, że nie stracił zaufania Daelyrii, o ile wcześniej go nim darzyła.
Pozwolił by po słowach księżniczki zapadła cisza. Czuł, że teraz brak słów się przyda, by nie roztrząsać tego co się stało. Chciał zapomnieć o swej chwili słabości, podejrzewał, że dziewczyna również nie chce trzymać tego momentu w pamięci. Zresztą, nie wiedziałby nawet co powiedzieć, za swe słowa nie mógł przeprosić, bo wiedział, że rzekł prawdę. Mógł co najwyżej prosić o wybaczenie za swą gwałtowność, jednak uznał, że co się stało się nie odstanie, a wolałby pokazać swe oddanie poprzez czyny, nie słowa.
Posłusznie ruszył za Daelyrią, wcześniej skinieniem głowy informując, że zrozumiał życzenie. Ludzie jakby przypomnieli sobie o obecności księżniczki, gdy ta ruszyła w ich stronę. Prosper nie spodziewał się z ich strony kłopotów, wolał jednak mieć się na baczności. Uważnie obserwował jak wyciągają do niej ręce, jakby czegoś od niej oczekiwali. Błogosławieństwa? Cudu? Słowa otuchy? Siostry zakonne również odstępowały na bok i skłaniały się lekko by okazać szacunek względem córki cesarza.
Pewien mężczyzna postanowił zrobić wszystko byle znaleźć się bliżej księżniczki. Przy pomocy trzęsących się rąk podniósł się z łóżka tylko po to by po chwili upaść na kolana. Chevalier z początku chciał stanąć między nim, a Daelyrią, jednak zrezygnował dostrzegając jak słaby jest starzec. Był wychudzony i widocznie zmożony walką z chorobą, która go trawiła.
- Wasza Wysokość, – przemówił słabym, ściszonym głosem - zanieś mą modlitwę do Jego Promienistości, poproś o błogosławieństwo dla mej rodziny. Nie pozostało mi wiele czasu. Proszę. – Zakasłał jakby na potwierdzenie swego złego stanu zdrowia.
Wyciągnął swe chude, żylaste ręce w kierunku księżniczki szukając jej dłoni. Zapewne chciał ją ucałować licząc na to, że to zapewni mu jej przychylność. Prosper nie przerywał tego, jednak był gotowy zareagować nawet na najdrobniejszy sygnał, że coś zagraża dziewczynie.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Sob Maj 14, 2016 4:07 am

Księżniczka, mimo chwilowego strachu przed chevalierem, zdążyła zapominać o zaistniałej sytuacji. W końcu nie doszło do niczego złego, niemniej jednak chciała to przemilczeć, dlatego też zwróciła się do mężczyzny gestem, by ten podążył za nią. Valmontówna była bojaźliwą dziewczyną, więc nie powinno nikogo dziwić jej zachowanie. Piętnastolatka w pewnym sensie obdarzała rycerza zaufaniem, w końcu miał ją obraniać i czujnie zerkał na otoczenie, by upewnić się, że córce cesarza nic nie grozi. Była mu za to wdzięczna.
Pomijając już to, że nie powinna się tak wysławiać o cesarzu w miejscu publicznym. To było conajmniej nieodpowiednie, zwłaszcza, że była członkiem rodziny królewskiej, która była wręcz wysławiana przez ubóstwo. To było jednym z wielu powodów, dla których musiała prezentować swoją rodzinę godnie. Teraz się zapędziła, choć słowa de Chevina dały jej do myślenia. Miał rację. I pewnie nie tylko w tym przypadku. Księżniczka musiała uważać.
Gdy zbliżył się wystarczająco, szlachcianka ruszyła, wędrując pomiędzy łóżkami.
Zerkała na twarze każdego chorego czy też biednego, którzy wpatrywali się w nią niczym w obrazek. Smuciły ją realia świata, które tak naprawdę dopiero teraz poznawała. I nie było to niestety miłe przeżycie. Zaczęli wyciągać do niej ręce, a ona nie miała nic przeciwko temu. Chętnie, choć z przygnębieniem w oczach chwytała za ich dłonie i posyłała im nieśmiałe, lecz widoczne uśmiechy. Chociaż tyle mogła zrobić.
Szła spokojnie, do czasu gdy starszy mężczyzna upadł tuż pod jej stopami. Oczywistym było, że na początku się przeraziła - w końcu wiele osób mogło czyhać na życie członków rodu Valmont, chociażby ze względu na jego pozycję w Orlais; okup za księżniczkę byłby doprawdy wysoką sumą. Na szczęście po chwili zauważyła, że nie ma to nic z zamachem wspólnego. Przełknęła ślinę, opuszczając głowę i spoglądając na twarz starca. Wychudzony, strawiony chorobą... okropieństwo.
Jego prośba była niemalże nie do spełnienia; władca nie miał nawet czasu dla własnej córki, a co dopiero dla chorego ze Świątyni. Niemniej jednak piętnastolatka uważała, że bez nadziei nie ma celu życia, dlatego też musiała pokusić się o kłamstwo w dobrej wierze. Nie miała większego wyboru.
Nie chciała, by całował ją w rękę; nie chciała okazywać wyższości nad mężczyzną. Zamiast tego wyciągnęła obie, małe dłonie i ujęła w nich jego twarz. Patrzyła na niego chwilę, ponownie przełykając ślinę. Na chwilę zamarła. Trudno było jej sobie wyobrazić, co ten człowiek przeżywa każdego dnia. Ze świadomością, że za chwilę może odejść...
Zbliżyła się o dwa kroki bliżej do starca, tak, by był on na tyle blisko niej, aby usłyszeć szept. Jasnowłosa nachyliła się delikatnie nad jego uchem, wymawiając trzyoste słowa.
- Spełnię twą prośbę - powiedziała, powoli wypuszczając jego twarz z objęć jej niewielkich dłoni, oczekując na reakcję. W międzyczasie zerknęła wymownie na zakonnicę obok; chciała, żeby ta pomogła mu wstać i spowrotem ułożyć się na łóżku, jeśli ten nie będzie miał niczego innego do powiedzenia.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Pon Maj 16, 2016 9:05 pm

Prosper założył ręce na piersi, czekając. Starał się nie wgapiać bezpośrednio ani w starca, ani w księżniczkę. Zamiast tego obserwował pozostałych, zebranych w tym miejscu ludzi. Jak na razie było spokojnie, jednak zdawał sobie sprawę, że wizyta córki cesarza w tej dzielnicy z pewnością zwróci uwagę wielu mieszkańców. Miał nadzieję, że będą to osoby, które jedynie pragną by jakiś sposób spłynęła na nich świętość potomka Judicaela. O ile mogli sprawiać problemy, raczej nie będą stanowić zagrożenia. Niestety chevalier obawiał się, że sprowadzi to również bardziej szemranych osobników.
Spojrzał na dwóch strażników, których ze sobą zabrał. Wciąż miał nadzieję, że nie będą potrzebni, jednak przezorny zawsze ubezpieczony. Na dodatek pomogło mu to upewnić się, że budzi respekt wśród gwardzistów. Nie odezwali się całą podróż, nie kwestionowali jego żadnego rozkazu, a nawet zdawało mu się, że się go boją. Nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie, właśnie o taki szacunek mu chodziło.
Z pobłażliwością spojrzał na wysuszonego starca. Był pewien, że nic już mu nie pomoże, jednak to, że zdobył się na odwagę i zebrał w sobie ostatki sił tylko po to by poprosić o błogosławieństwo dla swej rodziny. Było w tym coś heroicznego, coś co Prosper mógł nawet nazwać godnym podziwu. Wciąż uważał, że ten mężczyzna nic nie zrobił by zapewnić swym najbliższym dobrego bytu, zaś na łożu śmierci czeka na zbawienie. Cóż, przynajmniej przez tę krótką chwilę Prosper widział w nim coś więcej.
Podczas gdy siostra zakonna pomagała starcowi usiąść na łóżku, Prosper powoli nachylił się w stronę księżniczki.
- Myślę, że pora wracać, Wasza Wysokość. Zwracamy na siebie za dużo uwagi. – powiedział cicho, starając się by nikt inny go nie nie usłyszał.
Wciąż nie był pewien, czy dziewczyna mogła składać takie obietnice, jednak postanowił nie poruszać tego tematu w tu i teraz. Zamiast tego skinął w stronę gwardzistów, którzy na ten sygnał podeszli do drzwi światyni.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Nie Maj 22, 2016 11:07 pm

MISTRZ GRY


Wielu było takich, którzy w świątyni są po zapomogę boską, lecz nie należą do najgorliwszych. Modlą się do pana, żeby niebo ściągnąć na dół, ziemię w powietrzu zawiesić, góry roztopić, duchy zmarłych wywołać, bożków zawlec na ziemię, gwiazdy pogasić, a samą ciemność rozjaśnić. Pomimo wielu chytrych, łapczywych wiernych, pośród nich znalazł się jeden odmienny. Schorowany starzec, którego ostatnią wolą było błogosławieństwo z ust carskich. Na prośbę biedaka odpowiedziano zachęcająco, a nawet pochlebczo jego skromnej osobie, albowiem córka cesarza, Daelyria w dość niespotykany dla księżniczek sposób, potraktowała potrzebującego. Pełna gracji i uczucia, wypełniona miłością, zajęła się starcem, jednocześnie obiecując dryf informacji.


Ten niewielki czyn sprawił, że okoliczna biedota, która ów czas bytowała w obrębie świątyni, spojrzała na księżniczkę z nieco innej perspektywy. Ludzie poczęli gromadzić się dookoła nich, powoli zamykali kurczący się okrąg, a znikąd zdawało się, że przybywają kolejni obserwatorzy. Prosper zdawał sobie sprawę z wiszącego w powietrzu zagrożenia. Ostrożnie uprzedził Valmontówkę, dalej nakazując na otwarcie wrót. Jak za obrotem miedziaka, posłuszne psy folgują do drewnianych płyt, żeby co rychlej umożliwić opuszczenie świętego areału.


Nie zdążył obrócić głowy, nim tłum ruszył na kobietę. Zgnieciony przez opętaną biedotę, zostaje wysunięty poza okrąg otaczających ją ludzi. Starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni. Cała rzesza dopycha się do Valmontówny, tylko po to, żeby dotknąć jej włosów, skóry. Część odważa się na nieliczne komentarze, których przybywa z każdym kolejnym wdechem.

- Jesteś wspaniała, Pani.
- Dziękuję, że wysłuchałaś mojego dziadka.
- Pani, dlaczego cesarz się nami nie interesuje?
- Pani, jesteś inna, dbasz o wszystkich.
- Powinnaś zbudować to miasto!
- Taka piękna, taka urocza.


Niezliczone pochwały płynęły między głowami szaraków. Skierowane między sobą lub do samej księżniczki, łechcą jej ego. Sytuacja to pokazuje, jak bardzo zapomniani zostali ci, którzy także budują społeczeństwo. Ci, których korona grabi z ostatków. Ci, którzy zasługują na inny los, gdyż wystarczy im dać szansę. Troskliwa postawa białogłowej popchnęła daleko idący mechanizm, którego sama nie była w stanie przewidzieć.


Prosper nie mógł przedostać się przez tłum. Odgrodzony od księżniczki, już w towarzystwie swych podwładnych, widzi jak dziki tłum zaczyna podnosić Daelyrię. Co silniejsi mężowie osadzają ją na swych barkach, tworząc swego rodzaju siedzisko. Niczym królowa, wznosi się ponad wszystkimi. Towarzyszą im także nieliczne siostry zakonne, wraz z tłumem wielbią imię młodocianej dziedziczki tronu. Nagle, niespodziewanie, tłum rusza w kierunku drzwi. Jak jeden organizm, jak tafla wody zmierzają do wyjścia, stale utrzymując księżniczkę na wysokościach.


Spoiler:
Na prośbę Eweliny, do fabuły włącza się mistrz gry. Od tej pory obowiązuje kolejka.
Gracz 1
Gracz 2
Mistrz gry.
Zwszelkich czynów jesteście rozliczani. Akcje popychające fabułę do przodu, wpływające na npc i otaczający świat powinny być pisane w formie niedokonanej.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Wto Maj 24, 2016 1:55 am

Posłała starcowi jeden ostatni uśmiech, nim ten został podniesiony przez siostrę zakonną. Spotkanie z ubogimi i chorymi wywołało na niej większe uczucia, niż dotychczas sądziła. Wszystko tak bardzo ją dotknęło - ten smutek w ich oczach, strach przed odejściem, prośba o modlitwę. Cóż innego księżniczka miała zrobić, jak nie dodawać im otuchy i nadziei? Prawdą było, że Valmontówna wyróżniała się z poczetu jej podobnych. Oczywiście, była szlachcianką, lubiła dbać o swój wygląd i słyszeć komplementy, jak zapewne każda dama... ale chciała ona pokazać się od innej strony; zrobić coś, na co żadna z dziewcząt w jej wieku by się nie zdecydowała. Chciała zrozumieć tych ludzi, połączyć się z nimi w bólu, który odciska mocne piętno na ich życiu. Dlatego między innymi chciała pokazać, że nawet panny z dworu cesarskiego są coś warte, lecz kolejnego przypadku Daelyrii Valmont trzeba by było niestety szukać ze świecą.
Od dzieciństwa wyróżniała się inteligencją i tolerancją, nie wywyższała się nad osobami, które leżały niżej w warstwach społecznych. Tak było wtedy, gdy jej rodzice byli parą książęcą. Tak jest teraz, gdy jej rodzice są parą cesarską - zarazem najważniejszą w całym Orlais, a więc liczącą się i poza nim. Nie do końca rozumiała obawy Prospera de Chevina, który nieprzychylnym okiem spoglądał na całe zajście; chorzy nie stanowili praktycznie żadnego zagrożenia, zwłaszcza, że piętnastolatka traktowała ich najlepiej, jak tylko mogła. Można nawet rzec, że lepiej niźli szlachetnych mężów i dam na dworze. Od rozmyślań oderwał ją chevalier, z którym kilka chwil temu miała dosyć nerwowe sparcie.
Cóż, znajdywała się w świątyni już dosyć długo, a nie musiała to być ostatnia wizyta. Oczywiście byłoby kompletnie inaczej, gdyby o jej czynie dowiedzieli się jej rodzice. Wtedy nie mogłaby już nawet marzyć o powrót. Nie chciała jednak być nieposłuszna i posyłając po raz kolejny uśmiech zebranym, zastukała obcasami i miała zamiar ruszyć w stronę rycerza oraz strażników, którzy podeszli do drzwi świątyni, będąc gotowi do jej otwarcia.
Jednakże w okół jasnowłosej zaczęło zbierać się coraz więcej ludzi, tworząc pewnego rodzaju krąg. Była nieco zagubiona w tej sytuacji - w końcu z sekundy na sekundę spoglądała na kolejne twarze, które wpatrywały się w nią niczym w obraz. Zacisnęła wolno dłonie na sukience, nieco poddenerwowana... i wtedy na nią ruszono. Młoda dziewczyna z początku nie była pewna intencjom biedoty, jednak zaufała im i stała w bezruchu. Poczuła dotyk. Na ramieniu, na dłoni, na włosach i policzku. Niemal poczuła miłość, jaka spływa z ich rąk za każdym razem, gdy opuszek palców mężczyzn i kobiet złączał się z bladą skórą cesarskiej córki. W tym momencie po jej głowie walało się wiele myśli, stała w bezruchu i w lekkiej agonii. Nie stawiała oporu, gdy mężni i postawni mężczyźni sadzali ją na swych barkach.
W końcu wzniosła się w górę, widząc każdego z góry. Czuła się dziwnie... słowa nie były w stanie tego opisać. Podekscytowanie, strach, radość - wszystko w jednym. W końcu długowłosa zdecydowała się na dość poważny akt - niewielka dłoń tknęła maski, płynnym ruchem usuwając ją z twarzy i wypuszczając na ziemię. Dopiero teraz na twarzy siężniczki ukazał się promienisty, szczery uśmiech jakim obdarowała każdego w okół. Wyciągała ręce w ich stronę, ściskając dłonie, jak i wolnymi ruchami przejeżdżając po głowach; poczynając od starszych, kończąc na młodych.
W jednej chwili zapomniała o znajdujących się w Świątyni strażnikach i chevalierze, przypominając sobie o nich dopiero w pewnym momencie. Obróciła głowę gwałtownie, ruchem dłoni pokazując, by nie dotykali - i broń Stwórco - nie atakowali unoszących i głoszących imię Daelyrii Valmont. Podążanie za nią było oczywiste, w końcu obrona dziewczyny była ich priorytetem. Sama szlachcianka zerknęła teraz prosto w drzwi, w które była prowadzona. Nie była pewna, dokąd chcą ją zanieść, ale nie obchodziło jej to. Liczył się ten moment. Jej chwila chwały, która wywołana została przez najprostszy, ludzki gest...
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Sro Maj 25, 2016 9:05 am

MISTRZ GRY


Od kamiennych ścian tchnęło zimnem, którego nie godziły ani ciężkie gobeliny, ani pociemniała boazeria kamienna, podłoga ziębiła stopy przez podeszwy. Czuły to każdy z tu obecnych: biedni, społeczność średniej klasy, jak i sama Valomntówna. Poranna mgła uniosła się zupełnie, przez zmatowiony chłód kaplicy, zaczęło mocniej prześwitywać czerwoną kulą słońca. Ów słońcem był nadmiar emocji, dobroci i ekscytacji, jaka płynie ze społeczeństwa w kierunku Daelyrii oraz od niej do nich.


Gest odrzucenia symbolicznej maski, która służy skrywaniu emocji, udawaniu kogoś innego, tenże gest sprawił, iż długowłosa jakoby uzewnętrzniła się przed ludem. Jeden gest wywołał kolejną falę radości. Skumulowana ludność poczęła coraz prężniej zmierzać w kierunku wrót, a gdy byli dostatecznie blisko, silne ramiona nielicznych podwładnych otworzyły je. Strumień światła wpadł wprost na Valomntównę, otaczając jej personę mistyczną aurą światłości. Wszyscy bez wyjątków wiedzieli, że to nie są elementarne kaprysy natury, to sam stwórca zsyła jednoznaczne sygnały.


Pływająca tafla biedoty finalnie opuszcza areał świątyni, stale utrzymując swą królową piedestale. Na zewnątrz zajmują bliżej nieokreślone miejsce w alejce, gdzie z każdą sekundą, każdym wdechem przybywa kolejnych zwolenników. Starzy, biedni i schorowani, ale również ci przeciętnie zamożni, wykorzystywani przez arystokrację robotnicy wraz z kupcami. W wzrastającym kolektywie nie brakuje również nielicznych przedstawicieli długouchów, a Daelyria mogłaby się zakładać o majątek ojca, iż widziała jednego qunari.


Tłum skandował rozmaite frazy, lecz nic nie było dostatecznie konkretne, żeby móc zwrócić na to uwagę. Nie potrafili jeszcze złożyć się  w jedność, by operować tym samym głosem. Karawana w ekscytacji przemierzała zakamarki uliczek niższego miasta, aż na przeciwko wyłoniła się nieznana nikomu jednostka. Jak biczem strzelił, cały tłum stanął dęba, by opuszczona powoli na ziemię księżniczka mogła zapoznać się z przyczyną postoju. A, była to starsza kobieta, liczyła z czterdzieści ileś wiosen, lecz czas nadgryzł ją znacząco. Otulona dziurawą szatą, na rękach trzymała kilkuletnie dziecko. Równie wychudzone, co ona sama,  brudne i biedne. Kobieta powoli zbliżała się do Valmontówny, aż kiedy odległość zdawała się być marginalna, uklękła przed nią. Z klęczków spuściła na ulicę swego pierworodnego syna, który jak się okazało był ciężko chory i tylko kwestią czasu było, jak pustka pochłonie jego osobę. W dodatku, ów biedak urodził się bez możliwości swobodnego poruszania się. Jest zwyczajną kaleką z dzielnicy biedoty. W opłakanym stanie prosi o pomoc księżniczkę. Leży tuż-tuż obok niej, tej wielkiej kobiety, za którą tłum wiernych milczy, licząc na to, że ich wybawicielka wspomoże pobratymca.


Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Sro Maj 25, 2016 5:35 pm

Dziewczynie ani trochę nie przeszkadzał chłód, jaki nawiedział zebranych w kaplicy. Nie liczyło się to kompletnie; jedyne, co teraz ją obchodziło, to ludzie niosący ją na swych barkach, unoszący ją pośród wszystkich niczym królową. I nie byli to tylko ludzie, bowiem jasnowłosa zdążyła zauważyć kilku elfów i - jak sądziła - qunari, którego wygląd znała właściwie jedynie z opowieści. Oczywiście były one przepełnione nietolerancją ludzi i nienawiścią, która brała się tylko z tego, że ktoś został wydany na świat jako przedstawiciel innej rasy.
Smuciło ją to, jednak póki co nie dało się tego zmienić. W końcu Daelyria Valmont nie była Stwórcą, by jednym ruchem dłoni usunąć ze świata całe cierpienie. Niestety, wraz z jego odejściem, odeszło i współczucie, człowieczeństwo. Wszystko było winą ludzi. Od tamtego czasu jednak znajdywały się poszczególne przypadki - księżniczka była niewątpliwie jednym z nich. Nie obchodziło ją to, że nie znała ani jednej osoby z tłumu. Nawet bez tej informacji potrafiła ich adorować, posyłać im uśmiechy i ze szczęściem w sercu ściskać ich dłonie. Pokazywać, że rozumie i będzie rozumiała ich rozterki, których na pewno było wiele.
Sama piętnastolatka nigdy nie miała wielu powodów do zmartwień; zazwyczaj kończyły się na tym, jaką suknię przywdziać, czy w jaki warkoczyk zaplątać swoje włosy. Odrzucając ze swej twarzy maskę, pokazała zebranym swą prawdziwą twarz. Nie chciała się skrywać, bowiem nie miała czego chować. Ten prosty akt wywołał uśmiech na twarzy młodej dziewczyny, a tłum wyraził aprobatę jednogłośnie.
Księżniczka nadal ściskała dłonie, które ku niej wyciągano, w pewnym momencie czując na sobie blask światła, który oświetlił jej postać w ciemnościach kaplicy. Przypadek, czy też znak od Stwórcy? Valmontówna co prawda zaczęła się nad tym zastanawiać, choć nie chciała myśleć głośno. Ścisnęła mocniej barki postawnych mężczyzn, którzy ją nieśli i zerkała na kolejne tłumy osób, które się zbliżały, tworząc potężną grupę.
Do jej uszu ciągle dochodziły kolejne komentarze zebranych, niemniej jednak wyłapywała tylko niektóre słowa. Było to dosyć oczywiste, w końcu teraz słowa dźwięczały z ust każdego w okół. W końcu zatrzymali się, a jasnowłosą wypełnił niepokój. Nie widziała do końca, co sprawiło, że się zatrzymali. Strażnicy? Złodzieje? Bandyci? Dopiero po chwili poczuła grunt pod stopami, wychodząc przed tłum i zerkając z współczuciem na kobietę, która w dłoniach trzymała dziecko. Daelyria wolno zbliżyła się do klęczącej przed nią biedaczyną, sama przyklękając.
Spojrzała na jego twarz, a oczy się jej zeszkliły. Dopiero teraz w pełni zrozumiała cierpienie, z jakim zmagają się mieszkańcy Val Royeaux. I otuchy dodawało jej jedynie to, że są osoby, które pragną to zmienić. Nawet jeśli póki co była jedyną z nich. Wyciągnęła dłonie do dziecka, ówcześnie zerkając na matkę i dopiero po jakimkolwiek geście przyzwolenia, ujęła je w swoje dłonie i przejechała palcami po policzku dziecka, wpuszczając je w swe objęcia.
Patrzyła przez nie na chwilę, nim samotna łza spłynęła po jej bladej skórze, skapując na obdarte odzienie kaleki. Mały chłopczyk nie był jedynym, który potrzebował w tym mieście pomocy. Niestety, władza księżniczki - a raczej jej brak - nie pomagał. Z całego serca chciała oddać swe bogactwa potrzebującym, choć najzwyczajniej w świecie nie mogła.
Nadal obawiała się reakcji rodziny, swoje myśli jednakże skupiając tylko i wyłącznie na dziecku, które mocno trzymała. Wolno poczęła wypuszczać je ze swoich objęć, dłoń kładąc na ramieniu matki i delikatnie po nim przejeżdżając. Chciała dodać jej otuchy. Nawet nie wyobrażała sobie, jak bardzo boli widzenie bólu swojego własnego potomka. Piętnastolatka zdążyła wywnioskować, że nie zostało mu zbyt wiele czasu...
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Sro Maj 25, 2016 10:01 pm

MISTRZ GRY



Z desperacją rzuciła się na płótno królewskie, by ostatnia wiązka nadziei rozbłysła po raz ostatni. Miłość matczyna to potęga, której wymiar jest nieskończony niczym pustka stworzona przez Stwórcę. Miłość matczyna jest nieograniczona, zdolna przenieść górę, tylko w imię jednego, tego wybranego, najukochańszego, wielbionego a zarazem bezbronnego potomka. Matka pragnie z całej duszy, złapać w swe ramiona tę jedną jedyną szansę na niebo na tym padole niedoli. Zdolna upokorzyć się przed całym tłumem braci i sióstr, rzeszą kleru oraz potomkinią cesarza. Wyzbyta wstydu klęczy przed nimi wszystkimi, pokładając swe chore serce w obce ramiona.


Lakoniczne kroniki piszą o dziejach pradawnych istot, które ślepcom dają oczy- akt ostatniego oddechu tworzenia. Zwą to wynaturzeniem, lecz tak hojny dar nie zasługuje na potępienie. Taki dar pozwala na niesienie dobra. Odwracania koła życia, wypełniania wysuszoną studnie po same krańce kamiennego bruku.


Niewinne dziecko zepsutego drzewa, zrodzone z zgrzybiałych korzeni, soczyste jabłko uschniętej gałązki. Ona, to ona przejmuję rolę matki. Ona obejmuje odchodzącą czystość w ramiona, żeby ten ostatni raz namaścić jego cielesność. Gorliwie spuszcza biały łeb, tonąc w morzu łez, które ciekną po policzkach krętym strumieniem. Część słonych kropel trzaska o podłoże, zdając się wypełniać wyciszone dramatem miejsce. Inne z kolei spływają na pokrzywdzoną przez los kalekę.
Daelyria odczuwa ból chorego, całym ciałem i duszą spoufala się z nim, odsuwając wszelkie tytuły, bogactwa. Jest na równi z dzieckiem, tak samo jak resztą otaczających ich ludzi. Wszyscy jesteśmy równi i wszyscy jesteśmy wartościowi. Każdy z nas składa się na wielką układankę, dlatego każdy żywot winien być ceniony ponad złota tego świata.


Niemoc, która ogarnia Valmontównę sprawia, że łzy żalu powoli transformują w gorzki płacz. Rozgniewane czoło poczyna się marszczyć, zaś na jaw wychodzą białe zęby. Kolejna maska spada na ziemię, bowiem nie ma nic wstydliwego w uzewnętrznieniu swej duszy. Dziewczynka to wie, dlatego z każdym ciężkim oddechem tulonego chłopca, wyzbywa coraz więcej smutku. Dookolną ciszę stopniowo wypełnia narastający pisk. Białowłosa pęka w środku, a efektem tej przemiany są gorzkie krzyki niemożności działania. Cichy płacz rozrasta się w błagalny skowyt.


Kres bez końca nazwy. Pożoga i trwoga.
Głębokie oczyska migoczą, rozświetlając umartwioną duszę białowłosej. Lepka dłoń dotyka jej policzka, gładko głaszcząc od ucha, aż po szyję. Chłopiec uwija mały kosz na jej ramionach, za sprawą których podciąga zmarnowane ciałko. Podpora przestaje być potrzeba, zaś okaleczony biedak kroczy o własnych siłach. Księżniczka klęczy przed nim, a tuż obok niej klęczy matka, której twarz promienieje nieznanym dotąd uradowaniem. Taka fala ucieszenia pojawia się na twarzy każdego, kto był godzien ujrzeć jak gorliwa skrucha Daelyrii Valmont sprowadza uzdrawiający dotyk Stwórcy na czerstwego młodzika. Szok, niedowierzanie i osłupienie księżniczki przegania grom wiwatów, oklasków wraz z licznymi okrzykami, miłującymi jej imię.
Emsi, takim mianem tłum okrzyknął Daelyrię Valmont, co w pradawnej mowie znaczyło - uzdrowiciel duszy.

Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Czw Maj 26, 2016 4:51 am

W głowie dziewczyny walało się teraz okropnie dużo myśli. Mocno trzymała w swych objęciach niewinne dziecko, które zostało pokarane losem, na które zapewne nie zasłużyło. Niewinność była w dzisiejszych czasach niemal niespotykana. To między innymi godziło w serce młodej dziewczyny, która tak bardzo chciała przywrócić pokój i dobroć. Jeśli nie na całym świecie, to chociaż w samym Val Royeaux.
Mogło to się wydawać wizją wyciągniętą prosto ze snów, lecz Valmontówna już w łonie matki posiadła determinację i ambicję, która dotychczas spoczywała cicho za maską nieśmiałej szlachcianki, którą bądź co bądź wciąż była. Dotykając jego skóry, niewielkiego ciała, w pewnym sensie poczuła ból, jaki go trawił. Niemożność wstania o własnych siłach, bycie zdanym na własną matkę do końca życia, która w końcu będzie musiała odejść. Smuciło to piętnastolatkę w stopniu, jakiego nie można sobie wyobrazić.
Podziwiała między innymi matkę malca - mało kto zdecydowałby się na wychowanie kaleki, a przecież nikt nie uroniłby łzy za nikomu nieznajomym i stosunkowo nieważnym dzieckiem. W końcu natłok myśli o cierpieniu, jakie spadło na tę dwójkę sprawił, że pęknęła. Łzy polały się strumieniem z jej oczu, skapując na poszarpane i brudne odzienie chłopczyka, a także i na jego twarz. W mrugnięciu oka poczuła się wypełniona pewną siłą; czuła spełnienie, moc zdolną przenieść górę. Nigdy wcześniej nie poczuła tego, co w tej chwili. I było to bez wątpienia wyjątkowe.
Obejmując mocniej kalekę poczuła, jak ta dziwna energia wolno ją opuszcza, jakby przeistaczała się tylko po to, aby przepłynąć do środka chłopczyka. Smutek Daelyrii Valmont i jej wszystkie myśli skupione na tej jednej, niewielkiej i kruchej jednostki doprowadziły do czegoś, czego sama się nie spodziewała. I zapewne nie tylko ona. Przymknęła na chwilę oczy, a otworzyła je dopiero, czując dotyk na swej szyi. Z zaskoczeniem w oczach zerkała na malca, który opierając się o ramiona księżniczki wstaje z ziemi.
Córka cesarza z niedowierzaniem zerka na swoje dłonie, a głowę unosi wysoko w stronę nieba, które zdawało się być bardziej jasne niż wcześniej. Dopiero po chwili zaczęło do niej dochodzić, co uczyniła. A nie uczyniła tego samego, to oczywiste, że rolę w tym grały nadludzkie siły. Tylko kto je zesłał? Stwórca, jak powiadają, odwrócił się od świata, który sam wykreował. Do głowy białowłosej wplątywało się wiele pytań, na których odpowiedzi nie miała ani ona, ani nikt żyjący na tym świecie.
Tłum począł skandować jej imię, jednakże sama Daelyria wciąż pozostawała w szoku. "Emsi", zasłyszała, a pomimo braku znajomości pradawnej mowy zrozumiała, co znaczy. Uzdrowicielka duszy. W końcu uniosła się o własnych siłach, ocierając swe łzy i wyciągając niewielką dłoń w kierunku matki, którą wciąż klęczała z łzami w oczach.
Powrót do góry Go down
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Nie Maj 29, 2016 10:03 am

MISTRZ GRY



Jak sen było to, co działo się w alejach biedoty. W niższym mieście dotychczas nie było powodów do radości, życie wiodło się swoim marnym tempem, aż do dzisiaj. Dnia, kiedy potomkini cesarza, tego okrutnika, który żywi się trwogą najuboższych, zstąpiła w szeregi rzekomo gorszego sortu. Weszła w wrony i poczęła krakać tak jak one. Swoją dobrocią, tolerancją i współczuciem przedstawiła postawę godną miłosiernego Stwórcy. Lakoniczne kroniki nie wspominają o władzy, jaka zrównałaby się z plebsem, jaka ściągnęła symboliczną maskę ułudy, żeby odkryć siebie - człowieka. Każdy jest równy i każdy zasługuję na owoce wspólnej pracy. Temu przeciwstawia się Daelyria Valmont. Młodociana arystokratka nie może znieść nierówności, którą wykorzystuje arystokracja, niczym pasożyt żywi się na plecach utrapionych sług.


Zrodzona z potworów, ostoja miłosierdzia, za swą jowialność zostaje obdarzona darem, który trafem losu widzą wszyscy dookoła. Czas, miejsce i ludność, wszystko skupia się w jednym punkcie, by jednym ciałem odnotować zdarzenie na miarę Bóstwa. Cud ozdrowienia, cud oczyszczenia z pierwotnego kalectwa i śmiertelnej choroby. W imię prawości, w imię Stwórcy. Zapamiętany będzie przez kolejne pokolenia utrapionych. Utrapieni zajmują różne pozycje społeczne. W szeregach świadków owego cudu była nie tylko rzesza najbiedniejszych przedstawicieli dolnego miasta, ale także siostry zakonne ze skromnych kaplic, w których pomaga się potrzebującym. Goszczą również przedstawiciele długouchych, nie jest to całe obcowiso, także usytuowane w dolnym mieście, lecz z pewnością znaczna jego część. Poza najbardziej ubogimi pośród tłumu widać kilku Qunari, czwórka dobrze zbudowanych, wysokich i tęgich rogaczy stoi pod jedną ruderą, przyglądając się całemu przedstawieniu. Pewną frakcją są obrabiani przez królestwo kupcy, ci bogatsi i biedniejsi, stoją w tłumie, doszukując się nierówności, która ich spotyka. Nie rozumieją nierealnych podatków, których handlowcy wyższych sfer nie muszą tak dokładnie przestrzegać. Ten akt niegodziwości bije w nich mocno, bo tak jak wszyscy, chcą się bogacić, lecz odmienne pochodzenie sprowadza ich na niższy poziom. Oprócz kupców widać przeciętnie odzianych mieszkańców, są to pewnie przedstawiciele ciężko pracującej społeczności, której starcza na podstawowe potrzeby, tylko dlatego, że pracują ponad normę. Tak więc, Daelyria Valomnt swym aktem miłosierdzia zjednoczyła tysięczną rzeszę wszystkich tych, którym podcina się skrzydła ze względu na rasę, pochodzenie, brak znajomości lub po prostu przez odmienność. Umocnieniem plotek, które niosły się o osobie księżniczki jest nadmieniony cud. Jego symboliczny wydźwięk stanowi fundament do zbudowania nowej, lepszej przyszłości.


Tłum wiwatuje. Wszyscy, bez podziałów, radują się na rzecz Emsi, wyzwolicielki udręczonych. Ona sam zaś stoi ogłupiona faktem, iż za jej sprawą młodzieniec odzyskał zdolność aktywnego ruchu i usunięto z jego ciała śmiertelną zarazę. W tymże momencie, z pomocą przychodzi przychylne ramie siostry zakonnej. Ochoczo obejmuję Daeylrię, dalej wyprowadzając ją z tłumu. W drodze do świątyni, ludzie dotykają Emsi, gratulują jej, dziękują i błogosławią. Na alei panuje istny karnawał, w którym rządzi miłość do bliźniego. Nie mija chwila, a wrota świątyni zamykają się, tam szybko przenoszą Valmontównę w zaciszne miejsce, gdzie zazwyczaj przebywają siostry zakonne. W świątyni nie ma wielu gości, tłum pozostał na zewnątrz, gdyż kler nie zezwolił mu na wstąpienie do środka. Daelyrię wreszcie posadzono na krześle, do jej rąk wprowadzono drewniane naczynie wypełnione wodą.
- Pij, jesteś zmęczona - powiedziała troskliwie siostra. - Jestem Gertruda, opiekunka tejże zapomnianej świątyni. Siostra Zakonna długo przyglądała się Valmontównie, nie wiedząc czemu. Biła się ze sobą, próbując wykrztusić jakieś słowa, lecz nadaremno. W końcu uklękła przed księżną i po objęciu jej dłoni, zaczęła mówić.
- Jesteś darem, na który czekaliśmy. Stwórca zesłał nam Ciebie. O, wielka Emsi, wyzwolicielko udręczonych! Jesteś darem, jaki ukoi ból najuboższych, bo wszyscy są dziećmi stwórcy. Wyszłaś z grzesznego łoża, lecz Pan obdarował właśnie Ciebie łaską, jesteś jego darem dla Nas. Właśnie teraz, gdy twoja rodzina i arystokracja wykorzystują nas do cna, a zakon... Zakon już dawno zatracił swą pierwotną aspirację. Serce boli mnie, gdy widzę, że żaden miedziak nie wędruje do tej świątyni, chociaż to my zajmujemy się potrzebującymi. Złoto garściami wyrywane jest z gardła wiernych, żeby finansować armię templariuszy, terroryzujących magów. Wielka Katedra jest taka majętna, lecz zapomniała o tych, przez których taka jest...
Wybacz mi mój żal, Emsi. Wybacz mi, po stokroć. Wyczekiwałam Ciebie i nie wiem, jak winnam się zachować. Twa osoba budzi tyle emocji, tyle ciepła płynie od Cię.
- Siostra puściła dłonie Valomntówny. - Dlaczego tak jest? Nie godzi się nękać maluczkich i rabować ich imienia. Nie godzi, nie... Tylko Ty, Ty możesz zmienić wszystko. Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszło rok. Jesteś gwiazdą w ciemności, mistrzem grania radości, oto cała Ty!

Powrót do góry Go down
Sponsored content
- dragon age PBF -
PisanieTemat: Re: [Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza Today at 3:05 pm

Powrót do góry Go down

[Prywatna|Ulice miasta] Każda księżniczka ma swego rycerza

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Similar topics

-
» Księga Zaklęć
Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Dragon Age » ROZGRYWKA FABULARNA » ORLAIS » Val Royeaux-